niedziela, 19 czerwca 2016

O wyższości tzw. „życia” nad astrologią elekcyjną


Niejednokrotnie już przekonałam się, że planowanie przyszłych zdarzeń z efemerydami w ręku pokazuje nam – i to w bardzo przewrotny sposób – że istnieją ograniczenia w praktycznym korzystaniu z zasad astrologii elekcyjnej – ważnego działu astrologii klasycznej. Paradoksalnie jednak kłopoty te potwierdzają jedynie działanie samej astrologii w oparciu o jej podstawową zasadę, tj. zasadę synchronii.

Przypomnę, że reguły astrologii elekcyjnej służą wyznaczaniu najlepszej daty i godziny ważnego dla nas wydarzenia. Oczywiście z założenia musi to być takie wydarzenie, na którego datę i godzinę w ogóle mamy jakiś realny wpływ. Oznacza to, że w zależności od wskazówek uzyskanych od astrologa można go ewentualnie przyspieszyć bądź opóźnić, czasami znacznie nawet przesuwając jego termin lub chociaż godzinę rozpoczęcia. W praktyce elekcje najczęściej wykonuje na moment zawarcia małżeństwa, zarejestrowanie działalności gospodarczej,  podpisanie ważnej umowy, udostępnienie jakiegoś miejsca (np. restauracji, galerii sztuki) dla gości itp.

Bywa tak, że nad wyborem właściwej daty i godziny my astrologowie głowimy się dobrych kilka dni. Każdy, kto korzystał z astrologii elekcyjnej wie, jak trudno jest „ustawić” planety we właściwej konfiguracji – jeśli nie w idealnej, to przynajmniej takiej, która jest wyjściem kompromisowym, a niekiedy wręcz zgodą na „mniejsze zło”. Bo terminy naglą, a planety jak na złość nie chcą wyjść z retrogradacji. Albo jeśli w najbliższy czwartek Księżyc utworzy bajeczny trygon z Jowiszem, to sielankę zakłóca Saturn znajdujący się niebezpiecznie blisko Wenus. A co, jeśli  najpiękniejsze układy małżeńskie przypadają akurat na ... godzinę 2 w nocy? Przecież żaden urzędnik nie posłucha rad astrologa i nie udzieli nam ślubu w poniedziałek nad ranem. 
Jednak najbardziej przykra sytuacja ma miejsce wtedy, gdy trud włożony w przygotowanie horoskopu elekcyjnego okazuje się trudem daremnym. W tym miejscu przypomina się moja własna historia. Przed jedną z moich pierwszych sesji astrologicznych postanowiłam umówić klientkę na taką datę i godzinę, która zapewniłaby miły i bezproblemowy przebieg konsultacji. Na niewiele to się zdało, gdyż klientka po prostu nie pojawiła się o wyznaczonej porze, ponieważ była święcie przekonana, że umówiła się ze mną ... na dzień następny. Spotkałyśmy się oczywiście nazajutrz, lecz w międzyczasie Księżyc zmienił znak. Nawet upragniony ascendent okazał się nie do utrzymania, gdyż będąc już w drodze, klientka zadzwoniła do mnie z informacją, że ma problem z dojazdem i spóźni się ok. 20 minut. Sesji patronował więc zupełnie inny horoskop – taki, którego jako astrolog wcale nie wybierałam.
Wydawać by się mogło, że życie sobie, a astrologia sobie. Tymczasem to nie do końca prawda. Sytuacja taka pokazuje jedynie, że kosmos wie najlepiej, kiedy ma mieć miejsce każde wydarzenie. I wtedy życie szkicuje dla niego najlepszy i wyśmienicie działający horoskop – to znaczy taki, który znakomicie odzwierciedla naturę zdarzenia i wszystkie związane z nim okoliczności. To samo dzieje się przecież w momencie naszych narodzin – rzec by można, urodziliśmy się w najwłaściwszym dla nas czasie, czyli w takim, w którym układ planet najwierniej odtwarzał naszą osobowość i dostrojenie do kosmicznego rytmu.   





Podziel się :)

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Dziękuję, że jesteś! Bardzo chętnie poznam Twoje zdanie, ale jako administrator strony zastrzegam sobie prawo do usuwania wszelkich obraźliwych i niezgodnych z prawem wypowiedzi.